Artysta.pl na Facebooku

Mroczne klimaty Roberta Soboty – wywiad z rysownikiem

Czytająca Czytająca Robert Sobota
Robert Sobota jest rysownikiem z zamiłowania. Maluje - jak sam mówi o sobie - "sercem, żołądkiem, instynktem, a nie głową". Ma na koncie wiele publikacji, jego ulubiony styl to rysunek tuszem i piórkiem na kartonie w klimatach sci-fi, fantasy, a także satyra, karykatury i portrety. Odrębną kategorię tematyczną stanowią grafiki metaforyczne. Jego prace są surrealistyczne i groteskowe, pełne satyry i czarnego humoru. Z genialną intuicją kreśli wizje naszego i przyszłego świata pełne zniszczeń i groteskowych destruktów. Trudno się powstrzymać, żeby nie przyrównać go do Zdzisława Beksińskiego. Podobny rodzaj żywej, wizyjnej wyobraźni połączony z mistrzostwem technicznym. Najbardziej znane projekty Roberta Soboty to prezentowana już przez nas seria rysunków do wierszy Sylwii Plath oraz ilustracje do 78 kart Tarota Apokalipsy autorstwa Światosława Nowickiego.

Magdalena Walulik: Kiedy uświadomiłeś sobie po raz pierwszy, że chcesz być rysownikiem?

Robert Sobota: Miałem wtedy ok. 10 lat, mój starszy brat pokazał mi komiks, to był bodajże Kapitan Żbik Jerzego Wróblewskiego, popadłem w zachwyt - jak ten facet dwoma kreskami może narysować załamanie na koszuli?(!) i stwierdziłem, że ja też tak mogę, nie teraz, nie za 2 lata ale kiedyś na pewno. Potem były lata stagnacji, szkoła podstawowa skutecznie dławiła moje zapędy artystyczne, z lekcji plastyki dostawałem na koniec roku wymuszoną trójkę (dzisiejsza dwójka). Drugiego „olśnienia” dostałem w wieku 15 lat, kiedy leżąc 2 tygodnie w szpitalu zarysowałem trzy całe 80-kartkowe zeszyty. Po wyjściu ze szpitala obejrzałem je i uznałem, że te rysunki mi się podobają.

M.W.: Czy myślałeś o tym, żeby pójść do liceum plastycznego, a może też na wyższe studia artystyczne?

R.S.: Chciałem zdawać egzaminy do Liceum Plastycznego, niestety uzależnione to było od decyzji moich rodziców, którzy byli prostymi ludźmi z okolicznej wsi i mieli bardzo stereotypowe podejście do plastyków i ogólnie artystów, że to narkomani, pijacy i tzw. „darmozjady”. Ostatecznie skierowali mnie do szkoły zawodowej w mojej miejscowości, gdzie wykształciłem się na „uczciwego elektromechanika”.

Pochodzisz z małego miasteczka, z Poniatowej. Jaki masz stosunek do tego swojego wczesnego środowiska? Czy myślisz o Poniatowej z sentymentem, czy też może raczej z dystansem i poczuciem wyobcowania?

Środowisko, w jakim się wychowywałem i dorastałem, to w 90 procentach muzycy, plastycy, ludzie teatru i kabaretu, zarówno moi rówieśnicy jak i starsi i młodsi koledzy i koleżanki. Szkolny pedagog z „zawodówki”, a nawet mój brygadzista w miejscowej fabryce mieli szacunek do moich rysunków. Miałem u nich potężne wsparcie, wspominam tych ludzi z ogromnym sentymentem. Oczywiście jak wszędzie nie zabrakło również sceptyków (np. moja nauczycielka plastyki ze szkoły podstawowej).
Ufo mama Ufo mama Robert Sobota


M.W.: Masz jako rysownik swój charakterystyczny, łatwo rozpoznawalny styl. Jak do niego doszedłeś? Czy czerpałeś z jakichś wzorów? Czy może ukształtował się on spontanicznie, tak jak charakter pisma?

R.S.: Nie uważam się za artystę, raczej przeciętnego rzemieślnika. W szkole podstawowej mieliśmy wycieczkę do Sanoka, do muzeum Zdzisława Beksińskiego. Facet mnie oczarował i od razu „wskazał mi” tematykę, którą chciałem kontynuować w moich pracach, zaś Rosiński, Wróblewski, Polch, Szyszko i wielu innych polskich twórców komiksu ukształtowało kreskę, którą operuję do dziś.

M.W.: Twoja kreska, a raczej „krecha” jest bardzo zdecydowana, pełna ekspresji, działa silnie w sensie energetycznym na odbiorcę. Czy sądzisz, że jest to wyraz Twojej osobowości – takiej właśnie męskiej i zdecydowanej?

R.S.: Moja była dziewczyna, psycholog, stwierdziła kiedyś, że „strach pomyśleć co tkwi w moim umyśle, gdy patrzy się na te rysunki”. A ja po prostu dobrze się bawię rysując… Jeśli ta kreska w jakiś sposób wyraża moją osobowość to tylko taką: „ muszę zapełnić tę czystą kartkę, bo jest pusta”.

M.W.: Styl Twoich grafik nie jest z pewnością realistyczny, rzeczywistość jest na nich często zdeformowana. Jak to osiągasz, że nigdy to nie razi odbiorcy, nie wywołuje wrażenia nieudolności, nieznajomości proporcji czy też zasad perspektywy, lecz potęguje jedynie artystyczną ekspresję? Czy masz tu jakieś swoje tajemnice warsztatowe?

R.S.: Jak już wspomniałem zapełniam pustą przestrzeń, nie wiem czy może to kogoś razić. Nawet nie wiedziałem, że to kiedyś komuś powiem, ale po prostu ręka sama mnie prowadzi, a że neurologicznie połączona jest z mózgiem, to prawdopodobnie tak postrzegam rzeczywistość. Pewnie jest trochę we mnie prymitywisty.

M.W.: Twoje prace to głównie rysunki. A co z kolorem? Masz jakieś własne doświadczenia z kolorem?

R.S.: Jako dziecko rzeczywiście próbowałem sił w kolorach, kiedy kolega namówił mnie na zajęcia z plastyki w Domu Kultury. Po pierwszej mojej próbie namalowania kamienicy plakatówkami zostałem tak „zbesztany” przez instruktora Zagańczyka (tak, nie boję się użyć tu jego nazwiska), że przez następne kilkanaście lat nie dotykałem farb. Może stąd te mroczne nastroje w moich pracach.

M.W.: Zawsze wiedziałeś, że chcesz być rysownikiem. A miałeś w życiu jakieś kryzysy, zwątpienia i chciałeś rzucić to rysowanie?

R.S.: Właściwie to nigdy nie chciałem przestać rysować, miałem jedynie ok. pięcioletnią przerwę, kiedy to próbowałem swoich sił w zespole muzycznym na perkusji. Wtedy to mój mentor od rysunku Roman Gąska wyrzucił mi, że „muzyka i plastyka są o siebie zazdrosne”. Dało mi to wiele do myślenia i szybko wróciłem do rysowania.

M.W.: Czy jesteś zadowolony z artystycznego kształtu swoich prac? Jak oceniasz siebie na tle innych rysowników – polskich i zagranicznych?

R.S.: Nigdy, poza chwilą kiedy wyszedłem ze szpitala i moje trzy zeszyty mi się spodobały, nie miałem wrażenia, że coś, co narysowałem, mi się podoba i boję się, że jeśli kiedykolwiek to stwierdzę, to będę skończony jako grafik.

Rydwan Rydwan Robert Sobota
M.W.: Jacy są Twoi ulubieni malarze i graficy?


R.S.: Borys Vallejo, Zdzisław Beksiński, Siudmak, Goya i setki innych, którym nigdy nie dorównam.

M.W.: Klimaty Twoich prac nie są sielankowe. Są to raczej mroczne kreacje, wieje z nich grozą. Sporo na nich trupich czaszek i apokaliptycznych potworów. Czy faktycznie masz taką mroczną psychikę na przykład w stylu Zdzisława Beksińskiego?

R.S.: Nie, nie, Beksiński kiedyś napisał, że on po prostu zapełnia puste przestrzenie. Kiedy widzi kawałek gładkiej skóry na swoim płótnie, to musi go zapełnić jakimiś wrzodami, ranami, fakturami. Ja poza tym uprawiam też grafikę satyryczną. Wiele moich prac to karykatury i satyry na różne tematy.

M.W.: Tworzysz cykl własnych wizji inspirowanych wierszami Sylvii Plath. Czy odczuwasz jakieś duchowe pokrewieństwo z nią i jej obsesją na punkcie śmierci i jej ogólnie pesymistycznym nastawieniem do życia?

R.S.: Był okres w moim życiu, kiedy fascynowałem się prozą Samuela Becketta i miałem wręcz samobójcze myśli, jednak to minęło. Ale widocznie jakiś ślad w mojej psychice zostawiło, może teraz rysując śmierć i apokalipsę po prostu próbuję się z nią oswoić… zrozumieć, czy pogodzić (?). Wiem, że śmierć jest nieuchronna i raczej wolę z niej zadrwić niż się jej obawiać.

M.W.: Narysowałeś 78 kart „Tarota Apokalipsy” według projektów Światosława Nowickiego. Wiem, że masz zdecydowanie negatywny stosunek do religii. W tym wypadku chodziło jednak o ezoteryczne chrześcijaństwo, czy w ogóle o ezoterykę duchową. Musiałeś wejść w ten krąg idei i wyobrażeń. Jakie to było dla Ciebie doświadczenie?

R.S.: Pobudziło to moją wyobraźnię. Pomimo mojego ateizmu uwielbiam takie mistyczne klimaty jako rysownik. Światosław potrafił opowiadać o kartach w tak przejmujący i porywający sposób, że moja przygoda z „Tarotem Apokalipsy” wciągnęła mnie „z butami”. Żałuję, że się skończyła. Choć praca nad kartami nie była łatwa, bo dużo tam symboliki i ważnych szczegółów, których nie można było ominąć, to jednak dawała mi pole do własnych interpretacji. Myślę, że nic fajniejszego mnie już w życiu nie spotka.

M.W.: Światosław Nowicki twierdzi, że spływają przez Ciebie jakieś przekazy ze świata duchowego, wskazując przy tym na konkretne elementy kart. Jakby ktoś prowadził Twoją rękę… Czy nazywasz to intuicją?

R.S.: Niewiele mogę powiedzieć na ten temat. Jestem racjonalistą, choć być może moje rysunki mówią inaczej, ale to dobrze, że cokolwiek mówią. Po prostu puszczam wodze mojej wyobraźni i pozwalam innym pomóc ją ukierunkować.

M.W.: Bardzo dziękuję za rozmowę.

Galeria Roberta Soboty.



MW



Dodał: Artysta.pl

Środa 30 stycznia 2013 13:26

Ilość odsłon: 3459

Ocena: 0 (Głosów: 0)
Zaloguj się aby móc głosować.

Komentarze

Nie znaleziono komentarzy

Promowane miejsca
Teatr Lalek Pleciuga
Teatr Lalek Pleciuga
Teatr Lalek PLECIUGA jest miejską instytucją kultury, która od 1953 roku prężnie funkcjonuje...

zachodniopomorskie / Szczecin

Zbiornik Kultury
Zbiornik Kultury
Młoda kultura potrzebuje przestrzeni. Zanim zdefiniują się hierarchie, zanim usankcjonują się...

małopolskie / Kraków

Filharmonia Wrocławska im. Witolda Lutosławskiego
Filharmonia Wrocławska im. Witolda Lutosławskiego
Filharmonia oferująca szeroki repertuar, zarówno w wykonaniu własnego zespołu jak i gości z...

dolnośląskie / Wrocław

Old Timers Garage
Old Timers Garage
Klub prezentujący koncerty na żywo i na najwyższym poziomie. Utrzymany w klimacie...

śląskie / Katowice

Meskalina
Meskalina
Tu songwriterzy czarują publiczność, jazzmani przypominają o dekadach dekadencji, a laptopowi...

wielkopolskie / Poznań