Artysta.pl na Facebooku

Robert Sobota rysuje Sylvię Plath - Kolos (The Colossus)

Kolos (The Colossus)

Nigdy nie uda mi się złożyć cię w całość,
Poskładać, posklejać, połączyć jak należy.
Ryk osła, chrząkanie świni i sprośne gdakanie
Wydobywa się z twoich ogromnych warg
Donośniej niż na wiejskim podwórku.

Być może masz się za wyrocznię,
Za rzecznika umarłych lub jakiegoś boga.
Od trzydziestu lat trudzę się,
By wydobyć muł z twojego gardła.
Na próżno.

Wspinając się po drabinkach z klejem i wiadrami lizolu
Pełznę jak żałobna mrówka
Nad zachwaszczonymi obszarami twoich brwi
Naprawiając ogromne płaty czaszki i czyszcząc
Nagie białe mogiłki twoich oczu.

Bezchmurne niebo, jak wzięte z „Orestei”,
Tworzy nad nami sklepienie. O ojcze, ty jesteś sam
Zwarty i historyczny jak rzymskie Forum.
Rozkładam się ze śniadaniem na wzgórzu z czarnym cyprysem.
Twoje kości jak flety i włosy jak liście akantu rozrzucone są

W odwiecznym bezładzie aż po kres horyzontu.
Musiało to być coś gorszego niż piorun,
By wywołać takie spustoszenie.
Noce spędzam w rogu obfitości
Twojego lewego ucha, osłonięta od wiatru,

Licząc czerwone i śliwkowe gwiazdy.
Słońce wschodzi nad kolumną twego języka.
Mój czas związany jest z cieniem.
Nie nasłuchuję już czy dno statku
Nie zazgrzyta na nagich kamieniach lądu.

Tłum. Julia Hartwig

Komentarz (Światosław Nowicki)

Jest to wiersz trudny do interpretacji, wymagający znalezienia odpowiedniego klucza. Poetka podsuwa nam pewien trop: „Oresteia”, tzn. tragiczna historia antyczna, w której Orestes, mściciel ojca Agamemnona, zamordowanego przez wiarołomną żonę Klitajmestrę i jej kochanka Ajgistosa, zabija – przy współudziale swojej siostry Elektry – tę parę morderców, stając się matkobójcą, dręczonym strasznymi wyrzutami sumienia.

Jeżeli osobą narratora jest tu sama Sylvia Plath, to jej tożsamość jest zlepkiem różnych postaci tej antycznej tragedii. Pisząc: „Nie nasłuchuję już, czy dno statku nie zazgrzyta na nagich kamieniach lądu”, chce jakby powiedzieć, że elementem jej własnej tożsamości jest wspomnienie stanu ducha Klitajmestry, która poślubiwszy Ajgistosa czuła się winna i nasłuchiwała, czy nie przybija do brzegu statek z Agamemnonem i innymi uczestnikami wyprawy, o których powszechnie myślano, że zginęli. Gdy zaś w końcu Agamemnon się zjawił i umęczony długą podróżą brał kąpiel, został zarąbany przez Klitajmestrę i Ajgistosa siekierami – i właśnie to tego wydarzenia nawiązują słowa: „Musiało to być coś gorszego niż piorun, by wywołać takie spustoszenie.”

Teraz Sylvia Plath jest Elektrą lub/i Orestesem, bo mówi o zamordowanym jako o swoim ojcu, którego poodrąbywane członki „rozrzucone są w odwiecznym bezładzie aż po kres horyzontu”. Ale, być może, Sylvia cały czas jest Elektrą, która najpierw oczekiwała na przybycie ojca z nadzieją (a nie z obawą, jak matka), a teraz już nie oczekuje, bo ojciec przybył i został zgładzony. Teraz żyje w cieniu tej zbrodni, przejęta myślą o zemście – jej świadomość utkwiła całkowicie w przeszłości. W wierszu nie ma motywu zemsty, ale jest przymus myślenia o ojcu.

Całym światem wewnętrznym Sylvii jest teraz jej zamordowany ojciec – stąd w wizji poetyckiej ojciec ogromnieje, sięga swymi rozmiarami aż po horyzont. Sylvia żyje w cieniu ojca („mój czas związany jest z cieniem”), czas jej życia związany jest z nim czymś w rodzaju związku małżeńskiego (married). Jest to małżeństwo z trupem – i to w dodatku porąbanym na kawałki, których Sylvii-Elektrze nie udaje się i nigdy nie uda się poskładać w całość.

Jest to też małżeństwo z trupem, z którym nie można się komunikować w zrozumiały sposób, ale jednak jakaś komunikacja jest – na poziomie podświadomym. I to sprawia, że nie można się od tego cienia uwolnić, bo wciąż dociera do Sylvii jego dramatyczny krzyk: „Ryk osła, chrząkanie świni i sprośne gdakanie wydobywa się z twoich ogromnych warg donośniej niż na wiejskim podwórku”.

Jest to więc mowa nieratykułowana – dochodząca ze świata zmarłych: „Być może masz się za wyrocznię, za rzecznika umarłych lub jakiegoś boga.” Jak nie potrafi Sylvia poskładać ojca w kawałki, tak samo też nie udaje się jej wydobyć sensu z dźwięków wydobywających się z jego gardła: „Od trzydziestu lat trudzę się, by wydobyć muł z twojego gardła. Na próżno.”

A jednocześnie nie jest w stanie wyzwolić się z tego układu, bo nad nią i ojcem zamknęło się sklepienie antycznego fatum, tragedii, z której nie ma wyjścia i zawsze jest się winnym, albo winnym zaniechania pomszczenia ojca, albo matkobójstwa – tak czy owak zawsze ścigać będą wyrzuty sumienia.

W przypadku Sylvii ten związek z nieżyjącym ojcem jest czymś, co uniemożliwia jej normalne samodzielne życie, a zarazem chroni przed nim, sprawia, że jest „osłonięta od wiatru”. Jedna wielka tragedia, zwłaszcza że gdzieś w tle musi czaić się motyw matki jako winnej śmierci ojca i myśl o jej uśmierceniu, która – w sytuacji, gdy Sylvia czuje się zaślubiona z cieniem ojca, w wierszu w postaci „wspólnoty stołu” – łatwo może przeobrazić się w myśl o zabiciu samej siebie, czego w wierszu wprawdzie nie ma, ale jest, jak wiadomo, w życiu.

Ogrom nieżyjącego ojca może jednak oznaczać coś całkiem jeszcze innego, mianowicie to, że jest on symbolem wszystkich zmarłych przodków, królestwa podziemnych bogów, którzy towarzyszą człowiekowi w jego życiu na ziemi jako ciągnący się zawsze za nim cień. Na to wskazuje stwierdzenie: „Od trzydziestu lat trudzę się…”. Od trzydziestu lat, czyli w przypadku piszącej to Sylvii od urodzenia, podczas gdy jej ojciec zmarł, gdy miała 8 lat. Taka interpretacja wyjaśnia stwierdzenie: „Noce spędzam w rogu obfitości twojego lewego ucha, osłonięta od wiatru”. Zmarli przodkowie są naszą nocą, a jednocześnie towarzyszą nam jako bóstwa opiekuńcze i w tym sensie osłaniają od wiatru.

Oczywiście, nie jest tak, że te różne interpretacje należy traktować na zasadzie: albo – albo. One się ze sobą łączą. Wyobrażenie, jakie legło u podstaw tego wiersza, jest zapewne schizofreniczne, przez co trudno je poskładać w spójną całość. Jest podobne w swojej niespójności do zlepku różnych wizji przedstawionych w Lady Lazarus. Myślę jednak, że te analizy – trudno powiedzieć, na ile zgodne z intencją Sylvii Plath, o ile w ogóle miała ona jakąś z grubsza uświadomioną intencję – ułatwią połączenie wybranych elementów tego wiersza w formie spójnej wizji plastycznej.



Dodał: Światosław Nowicki

Piątek 7 grudnia 2012 14:40

Ilość odsłon: 1751

Ocena: 0 (Głosów: 0)
Zaloguj się aby móc głosować.

Komentarze

Nie znaleziono komentarzy

Promowane miejsca
Zbiornik Kultury
Zbiornik Kultury
Młoda kultura potrzebuje przestrzeni. Zanim zdefiniują się hierarchie, zanim usankcjonują się...

małopolskie / Kraków

Old Timers Garage
Old Timers Garage
Klub prezentujący koncerty na żywo i na najwyższym poziomie. Utrzymany w klimacie...

śląskie / Katowice

Teatr Lalek Pleciuga
Teatr Lalek Pleciuga
Teatr Lalek PLECIUGA jest miejską instytucją kultury, która od 1953 roku prężnie funkcjonuje...

zachodniopomorskie / Szczecin

Filharmonia Wrocławska im. Witolda Lutosławskiego
Filharmonia Wrocławska im. Witolda Lutosławskiego
Filharmonia oferująca szeroki repertuar, zarówno w wykonaniu własnego zespołu jak i gości z...

dolnośląskie / Wrocław

Meskalina
Meskalina
Tu songwriterzy czarują publiczność, jazzmani przypominają o dekadach dekadencji, a laptopowi...

wielkopolskie / Poznań