Artysta.pl na Facebooku

Słońce wschodzi nad chłopakiem z gitarą. Wywiad z songwriterem – Peterem J. Birchem

Ma dopiero 22 lata, a już koncertuje przed pełnymi salami, wydaje płytę, jest na legendarnej liście przebojów Trójki, a profesjonalnym głosem łamie kobiece serca – jak na faceta z brodą przystało. Mowa o Piotrku Brzezińskim – Peterze J. Birchu, z którym niedawno rozmawiałam, żebyście nie mogli przegapić, jak rodzi się gwiazda alt-country w Polsce.

Paulina Lipiec: 17 stycznia wychodzi Twoja pierwsza długogrająca płyta„When The Sun’s Risin’ Over The Town”. To będą jednocześnie Twoje 22 urodziny. Jak to się stało, że tak młody muzyk tworzy dojrzałą muzykę i już tyle osiągnął? Jaka były Twoje początku z muzyką?

Piotr Brzeziński: Muzyka od zawsze była u mnie w domu. Tata grał w scholi kościelnej, siostra śpiewała w szkole, a później razem z ojcem w kościele. Pamiętam, że mój pierwszy kontakt z muzyką był wtedy, kiedy dostałem od cioci bębenek i zacząłem sobie na nim brzdąkać. Do dzisiaj została mi perkusja; mam zespół, w którym na niej gram. Potem doszła gitara i już tak naturalnie się potoczyło. Próbowałem sam się uczyć aż wyszło. Nigdy nie miałem kontaktu ze szkołą muzyczną. Nagle zacząłem grać koncerty, poznawać ludzi. Bartka* poznałem przy okazji koncertu mojego zespołu, który już nie istnieje – More Than Three. Graliśmy koncert w Ostrzeszowie, a tam Bartek zainteresował się sprowadzeniem nas do Krakowa na Juwenalia. Później tak się jakoś potoczyło, że będąc w moim Wołowie zapytał, czy znam jakiegoś gościa, który dobrze gra na gitarze. Już wówczas miałem napisanych kilka solowych utworów, więc rzuciłem temat, że sam trochę działam. Bartek zorganizował mi pierwszy koncert i tak to się jakoś potoczyło.





P.L.: Wspomniałeś o nieistniejącym już dziś rockowym zespole More Than Three. Słyszałam kilka ich piosenek, były naprawdę dobre. Skąd taka rozbieżność między tamtym klimatem, a spokojnym solowym projektem country?

P.B.: To wynika z zamiłowania do różnych nurtów muzycznych. Oprócz tego, że gram w stylu folk i alt-country, jestem też rockmanem – słucham dużo mocnej muzyki i uwielbiam perkusję. Zresztą perkusja była pierwsza. Grałem w kółku muzycznym w Wołowie i wtedy powstało More Than Three. W międzyczasie zacząłem grać też w zespole Turnip Farm. Nagraliśmy dwie płyty. Od czasu do czasu też koncertujemy, ale z racji tego, że koledzy są dużo starsi, maja rodziny i dzieci, to dzieje się to trochę rzadziej niż koncerty Petera. Zresztą kiedy koncertuję sam, jest mi po prostu dużo łatwiej się przemieszczać.

P.L.: Co myślisz o alt-country, folku i o songwriterach w Polsce? Czy taka muzyka w ogóle ma tutaj sens i czy polska publiczność wykazuje jakiekolwiek zainteresowanie?

P.B.: Myślę, że to cały czas zmienia się u nas na korzyść. Trendy muzyczne ciągle przypływają, choć może z pewnym opóźnieniem w stosunku do Zachodu. Zaobserwowałem już pewne zmiany. Pojawiają się nowi artyści, którzy starają się działać na tym polu i tworzyć muzykę oryginalną, może czasem trudniej przyswajalną, nie tak oczywistą, bo to jednak muzyka zagraniczna, śpiewana po angielsku. Zawsze się śmieję, że to co u nas nazywane jest głęboką alternatywą, w Stanach jest popem. Ale to już wynika z mentalności i świadomości. Myślę, że to już się trochę zmieniło. Osobiście znam kilku songwriterów, naprawdę ciekawych artystów, którzy działają i każdemu z nich jakoś tam się wiedzie. Przecierają szlaki, po części też mi, bo sam przecież też zacząłem działać niedawno. Niektórzy trenują już znacznie dłużej i zaczynali grać w jeszcze cięższych czasach.

P.L.: Jednak jako swoje inspiracje wymieniasz raczej amerykańskich muzyków. Bon Ivera, Damiena Rice'a. Czy songwriter jak Ty może czerpać inspirację z polskiej muzyki?

P.B.: W tym nurcie siłą rzeczy nie mogę, bo jako Peter gram specyficzną muzykę – amerykański folk. Więc trudno mi inspirować się polskimi artystami, którzy przecież śpiewają po polsku i muzycznie są zupełnie inni. Inspiruję się brzmieniem gitary artystycznej, legendami, które pochodzą właśnie stamtąd. Nie chodzi o to, że polscy artyści są źli, broń Boże. To wynika po prostu z kierunku, który obrałem i z niczego więcej.

P.L.: A dałoby się alt-country zrobić po polsku? Dlaczego jesteś songwriterem, a nie piosenkarzem, Peterem, a nie Piotrkiem?

P.B.: Pseudonim powstał dlatego, że śpiewam w języku angielskim. To jest moja przykrywka – występuję jako Peter i jako on gram taką muzykę, jaką gram. Spójrzmy na przypadek jednego z moich idoli, czyli Willa Oldhama, który występuje jako Bonnie „Prince” Billy. Powiedział kiedyś w wywiadzie, że nie chce, aby jego mama czytała o nim złe recenzje. Zgadzam się z tym. Jeśli mają już być brudy, to niech lecą na Petera, a wtedy rodzina Brzezińskich nie załamie się. [śmiech] Po prostu oddzielam to sobie. W większości moich projektów czerpiemy inspiracje brzmieniami ze Stanów Zjednoczonych, bo tam ta muzyka jest naturalna, tam powstawała; to nie znaczy jednak, że zżynamy! Bo chociaż inspirujemy się mocno, to robimy muzykę po swojemu, na nasz polski sposób.





P.L.: Te inspiracje muzyką rodem z Ameryki słychać dość mocno. Byłam na Twoim koncercie i muszę przyznać, że gdybyś nie został przedstawiony jako Polak, nadal byłabym przekonana, że ktoś ze Stanów przyjechał do Polski, żeby dać próbkę prawdziwie amerykańskiej muzyki...

P.B.: Dziękuję. Właśnie taki jest zamysł Petera J. Bircha. Staram osiągnąć takie, a nie inne brzmienie najlepiej jak mogę. To, co mówisz, jest dla mnie komplementem. Skoro nie da się odróżnić tego, co robię od oryginalnych amerykańskich inspiracji, to znaczy, że dobrze wykonałem swoją pracę.

P.L.: Bardzo dobrze! Myślisz, że anglojęzyczny projekt ułatwi ci zrobienie międzynarodowej kariery?

P.B.: Nie zastanawiałem się nad tym za bardzo. Rzeczywiście, zdarzyło mi się zagrać kilka koncertów zagranicą i na pewno do tego dążę, żeby prezentować swoją muzykę poza krajem. Ponieważ już grałem zagranicą, wiem, jak to tam wygląda. Im dalej na zachód, tym muzyka taka jak moja jest bardziej przyswajalna. Nawet w Niemczech maja mnóstwo takich koncertów. Zastanawiam się, dlaczego niektórzy artyści omijają skrzętnie Polskę. Gdy patrzę na trasy koncertowe moich idoli to zawsze są tam Niemcy, zawsze są inne kraje Europy, ale nie Polska. To zastanawiające, ale nie zależy tylko od artystów. Są też przecież organizacje, ludzie, którzy sprowadzają tych artystów i jeśli by chcieli, to by to robili, Myślę, że i tak to się już trochę zmienia, bo pojawiają się coraz bardziej oryginalni, nowatorscy muzycy i takich też odbiorców jest coraz więcej w naszym kraju. Oni „kumają” tę muzykę. Sam czasami, gdy gram jakiś cover i opowiadam o artyście, z niedowierzaniem słyszę, jak ktoś z publiczności mówi: no tak, ja go znam, słucham i bardzo mi się podoba. Ludzie już też zaczynają tę muzykę coraz lepiej rozumieć.

P.L.: Wydaje mi się, że w ogóle wkracza teraz do Polski taki songwriterski trend i, że perfekcyjnie wstrzeliłeś się w niego ze swoją muzyką.

P.B.: Być może to jest właśnie ten czas. Może to właśnie mi pomoże, ale też innym, którzy dopiero zaczynają grać pierwsze koncerty. Fajnie, gdyby tak było, czego życzę i sobie, i znajomym artystom. Żeby te nasze utwory kiedyś przestały być oceniane jako głęboka alternatywa, ale puszczane w radiach czy na listach przebojów. Jeśli będą jeszcze funkcjonować takie programy.

P.L.: Porozmawiajmy teraz trochę o Twojej płycie. Powiedz, jak wyglądała praca nad nią, ile trwała i co najbardziej w niej sam lubisz.

P.B.: Praca nad płytą trwała z dużymi przerwami dwa lata, ale to zależało od wolnych terminów w studiu, więc nie wyglądało to tak, że siedziałem cały czas i „rzeźbiłem”. Część utworów powstała dawno, nawet już przy okazji wydawania mojej czteroutworowej EP „In My Island”, która trafiła do sklepów dwa lata temu. Większość utworów jest stara, niektóre nawet już mi się trochę przejadły, bo wiadomo – im dłużej się to ciągnie w czasie, to też się coraz bardziej zmieniam i zmienia się moje podejście. Jestem bardzo zadowolony z tych nagrań; myślę, że wykonaliśmy fajną pracę. Wykonaliśmy, bo nie byłem to tylko ja, ale też znajomi i producent, Przemek Wejmann – „Perła”, z którym nagrywałem i który był główną postacią pomagającą w studiu. Poza nim byli też zaproszeni goście, którzy dodali smaczki. Na całość składa się wiele elementów. Jeśli chodzi o ulubiony utwór to trudno mi coś wskazać. Jestem zadowolony z nagrania „Nine Horses”, ponieważ miałem w głowie przemyślany klimat, w który chciałem się wstrzelić. Taki, powiedzmy, bardziej mroczny i dzięki pracy nad brzmieniem udało się to z mojej strony w stu procentach. Właśnie taki efekt chciałem osiągnąć. Jestem z tego bardzo zadowolony. W jaki sposób odbierają to inni? To oni już sami muszą posłuchać i ocenić.

P.L.: Przeczytałam w Internecie, że „Nine Horses” odbiega od klimatu, że się nie wpasowuje w całokształt płyty...

P.B.: Tak, też czytałem tę recenzję. Była oczywiście bardzo pozytywna, ale z tą opinia na temat „Nine Horses” nie mogę się zgodzić, ponieważ nawet osoby mi bliskie, które znają mnie od strony muzycznej, twierdzą, że jest to najlepsza rzecz, jaką w życiu napisałem. Zawsze biorę poprawkę i na te pozytywne, i na te negatywne opinie. W przypadku „Nine Horses” też tak stwierdzam, że to jest rzecz, którą wykonałem naprawdę OK. Jak na moje możliwości oczywiście.

P.L.: Jak widzisz dalszy rozwój projektu Peter J. Birch?

P.B.: W najbliższym czasie wraz z kolegami próbujemy pobudzić do życia zespół, który będzie grał utwory z płyty, żeby to brzmiało mniej więcej tak jak na „When The Sun’s Risin’ Over The Town”. Odbyła się już jedna próba, zobaczymy jak to będzie funkcjonować. Oczywiście będę grał koncerty promocyjne, może uda się kilka zorganizować zagranicą. A co do następnej płyty to tak naprawdę nie ukrywam, że te utwory z „When The Sun’s Risin’ Over The Town” są trochę stare i już je tak naprawdę długo gram na koncertach. Mam już materiał na kolejną płytę i go szlifuję, ale na razie nie zdradzam więcej szczegółów. Dopiero myślę nad formą tego albumu. To będzie dalej Peter J. Birch, ale trochę inny. Ale o tym będziemy rozmawiać za jakiś czas.

P.L.: Mam nadzieję, że wkrótce. Oprócz koncertowania, nagrywania i wymyślania piosenek, także studiujesz. Jak godzisz muzykę z innymi obowiązkami?

P.B.: Tak się tylko wydaje, że to zajmuje dużo czasu. W sumie, o dziwo, mam go nawet sporo. Jakbym nie był takim leniem, to mógłbym się przyłożyć do nauki bardziej i miałbym lepsze wyniki. Teraz zbliża się sesja i będę próbował walczyć.

P.L.: Powodzenia w muzyce, na sesji i dziękuję na rozmowę.

* Bartek Borówka Borowicz – menadżer, a raczej dobry duch Petera.

Poniżej dwa single Petera, a poczynania jego samego możecie śledzić na Facebooku.



PL



Dodał: Artysta.pl

Wtorek 15 stycznia 2013 11:25

Ilość odsłon: 1612

Ocena: 0 (Głosów: 0)
Zaloguj się aby móc głosować.

Komentarze

Nie znaleziono komentarzy

Promowane miejsca
Meskalina
Meskalina
Tu songwriterzy czarują publiczność, jazzmani przypominają o dekadach dekadencji, a laptopowi...

wielkopolskie / Poznań

Old Timers Garage
Old Timers Garage
Klub prezentujący koncerty na żywo i na najwyższym poziomie. Utrzymany w klimacie...

śląskie / Katowice

Zbiornik Kultury
Zbiornik Kultury
Młoda kultura potrzebuje przestrzeni. Zanim zdefiniują się hierarchie, zanim usankcjonują się...

małopolskie / Kraków

Teatr Lalek Pleciuga
Teatr Lalek Pleciuga
Teatr Lalek PLECIUGA jest miejską instytucją kultury, która od 1953 roku prężnie funkcjonuje...

zachodniopomorskie / Szczecin

Filharmonia Wrocławska im. Witolda Lutosławskiego
Filharmonia Wrocławska im. Witolda Lutosławskiego
Filharmonia oferująca szeroki repertuar, zarówno w wykonaniu własnego zespołu jak i gości z...

dolnośląskie / Wrocław