Artysta.pl na Facebooku

Tańcząca ramówka

Każda szanująca się telewizja (czy choćby uważająca się za taką, co to się szanuje) nie może sobie pozwolić na ramówkę bez akcentów tanecznych. Domniemywać zatem można, że taniec dobrze się sprzedaje. A w jakiej formie najlepiej? Na pewno we wszelkiej maści talent show – niekoniecznie tanecznych, też w czymś co można by – idąc za ciosem – nazwać stars dance show. Zupełnie nieźle sprzedaje się też w filmach i serialach, kupowanych od zagranicznych stacji telewizyjnych lub produkowanych własnym sumptem, ale złośliwości na ten temat będą innym razem. Tymczasem zapraszam do tanecznego świata rodem z talent show.

Przyszliśmy do programu, bo…

Po „bo” można wstawić dowolny frazes: umiem tańczyć i chciałam się pochwalić (taki jestem świetny i pewny swojej wartości), zawsze marzyłam o tym, żeby zobaczyć prowadzących/jurorów (tu obowiązkowo ochy i achy w pakiecie, a w bonusie rzucenie się z zamiarem zrobienia „misia” z preferowaną gwiazdą), znajomi mi mówią, że fajnie tańczę (cokolwiek to znaczy), zawsze nieśmiały byłem, to sobie chciałem udowodnić, że potrafię (może to być nawet prawda, nie gwarantująca wprawdzie przejścia dalej, ale emisję prawie na pewno), od dziecka taki jajcarz byłem, to przyszedłem (może być śmiesznie albo strasznie, tak czy inaczej, raczej tego nie wytną i publika się pobawi).

Wszystkie te „bo” i kilka innych, które spokojnie można by jeszcze dołożyć do listy, w wielu przypadkach mają coś wspólnego z rzeczywistością, ale są jeszcze dwa inne. Ich się nie wypowiada głośno. Mogą występować razem lub osobno – to już zależy od preferencji uczestnika. Pierwszy: Od dziecka marzyłem, żeby być bohaterem Gali, Pudelka, Party, Kozaczka i czego tam jeszcze. No ja po prostu chcę być gwiazdą w polskim, ba co tam polskim – to tylko trampolina – w światowym show biznesie (tudzież szołbizie, jak piszą niektórzy tegoż stali bywalcy). Drugi: Taki sobie tu biznesik lokalny kręcę. Szkołę tańca mam, tylko jakoś tak kryzys ostatnio. Nawet karnety na zakupach grupowych ciężko schodzą. Kasy na reklamę nie mam, a tu przecież miliony widzów, no miliony. I nawet jak mnie interesuje tylko mój powiat, to przecież nie zaszkodzi, jak mi fanpage na Facebooku zalakują ci ze stolicy. No darmowa reklama. Głupio nie skorzystać. Tylko wiadomo, tego przekazu wprost sprzedać się nie da, bo to pewna śmierć w programie. Za to można tak: Wniosę coś nowego, bo na polskiej scenie brakuje świeżej krwi/kreatywności/stylu/osobowości itp. Chciałabym, że Polacy dowiedzieli się, że taniec to nie tylko towarzyski/salsa/ street dance itp.

Nazwiska i tytuły…

Proszę bardzo, żeby nie było, że to, co powyżej, jest wyssane z palca. Czołowe, ogólnodostępne stacje komercyjne mają swoje taneczne talent show. TVN aktualnie emituje siódmą edycję „You Can Dance. Po prostu tańcz!”, a Polsat „Got to Dance. Tylko taniec”. Nie sposób się wyzbyć nieprzyjemnego wrażenia, że z grubsza to to samo, chociaż polsatowski program daje swoim uczestnikom nieco więcej swobody. W tym przypadku to jednak pierwsza edycja i prawdopodobnie „Got to Dance. Tylko taniec” to jednocześnie odpowiedź na „You Can Dance. Po prostu tańcz!” i na „Mam talent” produkowane przez TVN, stąd trochę pośrednia forma. „Mam talent” nie jest wprawdzie wyłącznie taneczny, ale nie da się ukryć, że spora część uczestników próbuje swoich sił w tej dziedzinie. Pomijając szczegół, że w ogóle to wszystko nie są rodzime programy, ale zaadaptowane pomysły, nie da się ukryć, że póki co się one sprawdzają. Gwarantują swoim stacjom kilkumilionową oglądalność. Co mają z tego uczestnicy? Ci bardziej bystrzy i wprawni w grach medialnych, to po co przyszli. Pozostali po prostu swoje pięć minut i powrót do swojego miejsca zamieszkania, przynajmniej do czasu kolejnego castingu. Zwykle najwięcej w takich programach dostają osoby, które wcześniej już coś robiły, żeby zrealizować swoje zamierzenia. Dobrym przykładem może być finalistka trzeciej edycji „You Can Dance. Po prostu tańcz!” Wioletta Fiuk. To ewidentnie uczestniczka świadoma siebie i swoich możliwości. Wiele robiła przed występem w programie. Grywała w musicalach, między innymi w słynnych „Kotach”. Pracowała jako instruktorka i sama wiele się uczyła przygotowując się do kolejnych konkursów tanecznych. Udział w programie pozwolił jej zdobyć doświadczenie na Broadwayu (bardzo być może, że taki był jej cel od początku). Poza tym szersza publiczność zapamiętała jej nazwisko, co niewątpliwie przełożyło się na wzrost liczby ciekawych propozycji, ale też mówiąc wprost na zwiększenie stawki za godzinę jej pracy. W drugiej edycji „Mam talent” pojawiła się niejaka Beata Rozmanowska – kompletnie bez fajerwerków, skromnie ubrana, rzeczowo rozmawiająca z jurorami. Stepowała i to profesjonalnie, kunszt i technikę są wstanie ocenić tylko ci, którzy naprawdę się na tym znają. Trudno po kimś wyglądającym tak racjonalnie oczekiwać, że spodziewał się porwać do stepowania całą Polskę. I pewnie tak nie było, ale szkoła stepowania prowadzona przez Beatę Rozmanowską zyskała, ni mniej ni więcej, jak tylko darmową reklamę. Może i ludzie z ulicy nie zaczęli przychodzić, ale naprawdę zainteresowani właśnie znaleźli miejsce, w którym mogą się uczyć. O uczestnikach można by pisać długo, ale trzeba jeszcze trochę miejsca zostawić jurorom i prowadzącym, bo z nimi też jest coś na rzeczy.

Eksperci, osobowości, ładne buzie, płaczki i dziwacy

Jeśli taniec, to dobrze, żeby go oceniał ktoś, kto się na tym zna. Umówmy się, że to jednak nieco podnosi wartość programu. Pojawiają się więc tancerze i choreografowie, stąd na przykład w programach takie nazwiska jak Michał Piróg, Agustin Egurrola, Michał Malitowski i Krystyna Mazurówna. Cóż, o ile z tymi z początku listy mieliśmy do czynienia ostatnio częściej o tyle, seniorka wśród jurorów pojawiła się niedawno. Nie da się ukryć, że po wielu latach nieobecności w polskim życiu medialnym, wróciła w… no trudno powiedzieć, że w wielkim stylu, w jakimś na pewno, ale nie sposób znaleźć właściwy przymiotnik, powiedzmy, że na razie słowo „swoim” będzie najlepsze. Na początek wsławiła się nietuzinkową charakteryzacją (takiej jej nie widziano nawet w latach sześćdziesiątych) i wypowiedzią o ponoć zwyczajowych w PRL kilkunastu aborcjach. Jak na ekspertkę od tańca naprawdę nieźle. Ale nic to, przynajmniej na Pudelku i w paru innych znamienitych mediach nazwiska nie przekręcają.

Programy są też zwykle okraszone osobowościami, takimi jak na przykład Agnieszka Chylińska w „Mam talent”. To również zapewne korzystnie wpływa na jakość przekazu. Jurorce zdarza się zakląć i powiedzieć coś ostrzejszego, ale raczej z sensem niż bez, a poza tym nie można jej odmówić charakteru. Dzięki takim postaciom oglądając talent show można liczyć na jakąś inteligentną wypowiedź. Do tego czasami, jeśli to przewiduje scenariusz, wskazana jest jakaś egzaltowana postać, która gdy trzeba to zapłacze i uczestnika chętnie przytuli – w tej roli jak dotąd niekwestionowanymi gwiazdami pozostają Kinga Rusin i Małgorzata Foremniak. Generalna zasada doboru jury to zwykle „im więcej jatek, tym większa oglądalność”. Czyż nie miło popatrzeć jak Egurrola i Piróg odbywają wymianę zdań? No dobrze, może faktycznie nie…

Całości talent show dopełniają zwykle prowadzący i tu modele rozpoznano dwa. Pierwszy to „ładna buzia” (może również występować w jury) – i tutaj mamy Katarzynę Kępkę, Macieja Dowbora, Patricie Kazadi. Ich głównym zadaniem jest to, żeby dobrze wyglądali i umieli we właściwe miejsce zaprowadzić uczestników. Poza tym mogą coś powiedzieć, ale nie za dużo, bo ukradną show. Drugi model to „rezolutni wodzireje” tutaj znakomitymi przykładami jest duet Marcin Prokop i Szymon Hołownia. Ci już więcej się odzywają, często nawet są zabawni, a poza tym nieźle się potrafią odnaleźć w kryzysie na nagraniu. W tym miejscu na uwagę zasługuje szczególnie Szymon Hołownia, bo dla Marcina Prokopa taka fucha to chleb powszedni. Co ma z tego ten pierwszy, poza oczywiście konkretną kasą za prowadzenie? Na przykład większą oglądalność Religii TV (gdzie jest naczelnym) i większą sprzedaż swoich książek, dotyczących – nie ma co się oszukiwać, mało popularnej w świecie show biznesu i mainstreamu – teologii. W końcu jak pokazał, że taki równy z niego gość, to warto zajrzeć, bo może nie ma tam wcale nudnych kazań.

Taniec tańcem, ale sprawy się same nie załatwią

Taniec to rzecz bardzo widowiskowa, więc ludzie przed telewizorami, bardzo chętnie na to popatrzą w wolny wieczór. Niby taka niewinna rozrywka, a tak naprawdę znakomity pretekst dla załatwienia sobie różnych rzeczy. Uczestnicy realizują swoje większe i mniejsze plany czy marzenia. Jurorzy i prowadzący – przypominają o sobie światu, zarabiają pieniądze, sprzedają inne produkty swojej działalności i pewnie robią jeszcze parę innych, niewspomnianych tutaj rzeczy. Może czasami dobrze dla relaksu na to popatrzeć bez tej świadomości, ale z nią to może lepiej zamiast oglądać, samemu iść potańczyć.


AC



Dodał: Artysta.pl

Piątek 30 marca 2012 12:03

Ilość odsłon: 1807

Ocena: 1 (Głosów: 1)
Zaloguj się aby móc głosować.

Komentarze

Nie znaleziono komentarzy

Promowane miejsca
Teatr Lalek Pleciuga
Teatr Lalek Pleciuga
Teatr Lalek PLECIUGA jest miejską instytucją kultury, która od 1953 roku prężnie funkcjonuje...

zachodniopomorskie / Szczecin

Zbiornik Kultury
Zbiornik Kultury
Młoda kultura potrzebuje przestrzeni. Zanim zdefiniują się hierarchie, zanim usankcjonują się...

małopolskie / Kraków

Meskalina
Meskalina
Tu songwriterzy czarują publiczność, jazzmani przypominają o dekadach dekadencji, a laptopowi...

wielkopolskie / Poznań

Filharmonia Wrocławska im. Witolda Lutosławskiego
Filharmonia Wrocławska im. Witolda Lutosławskiego
Filharmonia oferująca szeroki repertuar, zarówno w wykonaniu własnego zespołu jak i gości z...

dolnośląskie / Wrocław

Old Timers Garage
Old Timers Garage
Klub prezentujący koncerty na żywo i na najwyższym poziomie. Utrzymany w klimacie...

śląskie / Katowice